Postanowiłem obejrzeć sobie film. Czasami przychodzi taki czas, że mam ochotę wieczorem zgasić wszystkie światła, zapalić świeczkę, zanurzyć się głęboko w fotel i dać się ponieść obrazowi. Miałem do wyboru „Bitwa warszawska” lub „Wyścig z czasem”. W polskich produkcja alergicznie wręcz nie znoszę kiepskiego dźwięku, jakby nie wiem dlaczego miało to być wyróżnikiem naszej rodzimej kinematografii. Nie sposób zrozumieć o czym aktorzy mówią pomimo, że co niektórzy porozumiewają się nawet poprawną polszczyzną. Ponadto usłyszałem, że jest to musical w wykonaniu Nataszy Urbańskiej i postanowiłem zostawić sobie na później. Natomiast „Wyścig z czasem” kusił nazwiskiem reżysera – Andrew Niccol, twórcy genialnej „Gattaci” i „Truman Show” więc można było się spodziewać dobrego inteligentnego kina SF. Ponadto sama fabuła trąciła mi mocno Philipem K. Dickiem.
W świecie przyszłości inżynieria genetyczna rozwiązała problem starzenia się i człowiek na zawsze zachowuje swoją młodość. Pociąga to oczywiste zmiany w mentalności ludzkiej, psychice, spojrzeniu na świat i co ciekawe w ekonomii. W świecie wygenerowanym przez Niccola nie ma pieniędzy, a ludzie płacą za wszystko czasem. Wiadomym jest, że system ekonomiczny nie udźwignie całego społeczeństwa nieśmiertelnych, więc ci których na to nie stać umierają. Na przedramieniu wyświetla im się czas jaki im pozostał, co potęguje ich przerażenie, strach, obawy o przyszłość. Dochodzi do rozwarstwienia klasowego, gdzie bogacze dysponują setkami, a nawet tysiącami lat życia, a biedacy zamknięci w gettach umierają niedługo po ukończeniu 25 roku życia. Zawsze jest tak, że rzesze biedaków pracuje na dobrobyt garstki wybrańców.
Z takim porządkiem rzeczy nie zgadza się główny bohater Will Salas, grany przez Justina Timberleka, który bardzo dobrze poradził sobie z rolą. Postanawia obalić system i dokonuje tego razem z córką bogacza Sylvią Weis (w tej roli niezwykle urodziwa Amanda Seyfried). Pod tym względem „Wyścig z czasem” nawiązuje do klasyki kina SF, w której główny bohater walczy z niesprawiedliwym systemem: „Metropolis”, „Zielona pożywka”, „Rollerball (ale ten z 1975, bo nowa wersja to była porażka), „Fahrenheit 451″ czy „Equilibrium”. Zgrzytnęło mi jedynie rozwiązanie problemu za pomocą gangsterki rodem z „Bonnie i Clyde”, ale rozumiem, że dla współczesnego widza wyrafinowane metody nie byłyby atrakcyjne. A może wychowany na powieściach Janusza Zajdla zawsze oczekuję niestandardowych rozwiązań, pogłębienia treści społecznej i socjologicznej?
„Wyścig z czasem” nie imponuje scenografią, efektami specjalnymi, od których roi się współczesne kino SF. I bardzo dobrze. Fantastyka to przede wszystkim wyobraźnia. Widz na podstawie wycinka ukazanej rzeczywistości powinien sobie dopowiedzieć jak wygląda cały świat, jak funkcjonuje społeczeństwo i to twórcom filmu to się udało – pobudzić moja wyobraźnię. Dla mnie filmy SF mogłyby być niczym teatr telewizji, ważne żeby niosły coś pod względem intelektualnym, pobudzały do myślenia, a resztę dopowie wyobraźnia.
Największą jednak zaletą filmu jest przedstawienie afirmacji życia, pokazanie jak życie może być cenne, jak ważny jest czas dany nam na Ziemi i przesłanie, że nie powinniśmy go zmarnować. Niccol zadaje również pytanie, czy życie wieczne jest dla człowieka darem czy przekleństwem? W filmie wszyscy wyglądają młodo, ich zegar biologiczny stanął w wieku 25 lat, ale niektórzy mają stare dusze i umysły. Czy naturalnym jest, że trudno stwierdzić czy to babka, matka, żona, a może czyjaś córka?
Tak naprawdę w świecie wykreowanym przez twórców filmu walutą nie jest czas, ale ludzkie życie. W przeciwieństwie do bohaterów „Wyścigu z czasem” każdy z nas żyje w nieświadomości tego kiedy dobiegnie koniec. Może za kilkadziesiąt lat umrzemy w podeszłym wieku, a może dzisiaj, jutro, pojutrze w nagłym wypadku, katastrofie? Codziennie o tym nie myślimy. To nam daje komfort psychiczny. Ale co by było gdybyśmy jak bohaterowie filmu Nicolla mieli wbudowany zegar, który odmierzałby wstecz godziny, minuty, sekundy, naszego życia? Wieczny stres, strach, cały czas w biegu, w pogoni za utraconym czasem. Ale czyż tak nie żyjemy? Pomimo, że nie mamy wszczepionych na przedramieniu zegarów? Pędzimy przez życie, próbujemy ujarzmić rzeczywistość, przeznaczenie, oszukać czas – a to przecież niemożliwe. Może warto zatem zatrzymać się, kontemplować życie i cieszyć się z tego, że dana jest nam nieświadomość naszych dalszych losów?