Zdaje nam się zwykle, że mamy solidny grunt pod nogami, ale coś niewielkiego może spowodować, że spadniemy aż na sam dół. I jak się spadnie to już koniec. Już się nie da wrócić. Pozostaje tylko żyć samotnie w tym mrocznym świecie na dole. To słowa wyjęte wprost z powieści Haruki Murakamiego, które cały czas miałem w głowie podczas oglądania filmu Druga Ziemia. Czasami, kiedy życie nam się układa, gdy jesteśmy zadowoleni, szczęśliwi, pewni własnej wartości i z ufnością spoglądamy w przyszłość wizualizując ją sobie jako pasmo sukcesów wystarczy jeden błąd żeby wszystko posypało się niczym domek z kart. I trzeba z tym żyć, z piętnem grzechu, z krwawiącym sumieniem, z życiem wywróconym do góry nogami, zmarnowaną przyszłością. Wówczas pozostaje olbrzymi żal, wściekłość na samego siebie, a na usta cisną się pytania. Co by było gdybym zachował się inaczej, bardziej odpowiedzialnie i nie zrobiłbym tego co zrobiłem? Czy istnieje takie miejsce, w którym wydarzenia potoczyły się innym torem?
O teorii wszechświatów równoległych jakiś czas temu napisałem felieton, który będzie można przeczytać w lutowym numerze SFFiH, a tutaj chciałem podzielić się refleksjami na temat filmu, który bardzo mi się spodobał. Druga Ziemia pomimo tego, że pojawia się wątek fantastyczny różni się od hollywoodzkich produkcji i jest to dramat obyczajowy, o dwojgu cierpiących ludzi, błędzie młodości, z którym trzeba żyć, z którym trzeba sobie radzić. Nagłe pojawienie się na niebie drugiej, identycznej Ziemi, z takimi samymi kontynentami na jej powierzchni, z identycznym Księżycem orbitującym wokół niej, jest dla twórców filmu tylko pretekstem do poruszenia tematu ludzkiej natury i przyjrzenia się emocjom jakie nami kierują. To również pytania o psychikę człowieka. Jak trwałe są blizny, doświadczanych tragedii jak również dokonanych zbrodni? Zagadnienia odkupienia, kary, wybaczenia – to również tu znajdziemy.
Druga Ziemia to film, który mnie zauroczył. Niespieszna akcja przypomina uwielbiane przeze mnie powieści iberoamerykańskie, a niepokojąca muzyka, oniryczne sceny, tworzą niepowtarzalny klimat. Do tego dochodzi świetna gra aktorska. Brit Merling (Rhoda Williams) aktorka kompletnie mi nie znana wykreowała pełnowymiarową postać młodej dziewczyny z jednej strony obarczonej piętnem, które już do końca życia będzie nosić w sobie, a z drugiej emanującej młodzieńczym urokiem. Natomiast William Mapother (John Burroughs) stworzył portret cierpiącego, pozbawionego chęci do życia człowieka, który nagle budzi się z koszmaru i zaczyna na nowo odkrywać świat. Oszczędność ujęć, brak niepotrzebnej ekspresji aktorskiej powoduje, że opowiedziana historia nie epatuje emocjami, a można przefiltrować ją przez umysł. Nic dziwnego, że film stał się przebojem zeszłorocznego festiwalu kina niezależnego Sundance.
Zaduma nad ironią losu, nad kruchością ludzkiego życia to coś co będzie nam towarzyszyć podczas całego seansu i długo po jego skończeniu będziemy o tym rozmyślać. Niedopowiedzenia każdy z nas może interpretować dowolnie. To urok tego rodzaju kina. Cieszę się, że takie filmy powstają i bardzo bym chciał żeby kino z elementami science fiction szło w kierunku Drugiej Ziemi, a nie w stronę holywoodzkich superprodukcji.
Główna bohaterka zastanawia się, czy na odpowiedniku naszej Ziemi historia jej życia potoczyła się inaczej? Nurtuje ją pytanie czy tam postąpiła inaczej, czy zachowała rozwagę kierując się rozumem a nie młodzieńczą brawurą? Co by było gdyby spotkała samą siebie? Co by powiedziała? Ostrzegłaby? Życzyła więcej szczęścia? Co zrobilibyście wy?
Polecam!











