W roku 2007 gdy pracowałem nad pierwszą moją powieścią z cyklu krzyżackiego niesiony pisarskim zapałem połączyłem i rozwinąłem pewien dowcip oraz skecz o bitwie grunwaldzkiej. Zaprawiłem go po swojemu, dodałem nieco mojego humoru i wyszedł taki oto tekst, który postanowiłem odkurzyć i tu go umieścić. Zapraszam do lektury.
GRUNWALD 1410
15 lipca roku 1410 niedaleko Olsztynka stanęły naprzeciwko siebie dwie potężne armie, żeby stoczyć największą bitwę średniowiecznej Europy. Słońce dopiero co wzeszło rozświetlając wzgórze na którym stanął Ulrich Von Jungingen – wielki mistrz Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, przez Polaków Krzyżakami zwany, spojrzał na rozciągające się aż po horyzont olbrzymie pole. Dostrzegł na nim kilka zabudowań.
- Ta wieś. Jak się nazywa? – zwrócił się do jednego z rycerzy ze swojej świty.
- Łodwigowo, wielki mistrzu – odpowiedział Piotr Świnka, poddany polskiego króla który obecnie przeszedł na stronę Krzyżaków.
- Lotlighofo?
- Łodwigowo, mistrzu – poprawił Polak
- Przecież, kurwa, mówię! Lotlifhofo! – zdenerwował się Ulrich, a że był niezwykle porywczy już sięgał po miecz, już na plasterki chciał ciąć. W ostatniej chwili Kuno von Lichtenstein i von Wallenrode przytrzymali swojego przywódcę.
- Jak to będzie w kronikach wyglądać? – zafrasował się mistrz okrutnie, kiedy już się nieco uspokoił.
- A tamta? – wskazał maleńką osadę gdzieś na północy.
- Grunwald.
- Javol! To dobra nazwa! Tam ustawić chorągwie – na jego brodatej gębie pojawił się szeroki uśmiech.
- Wysłać do Jagiełły posłów! Według tradycji trzeba mu dostarczyć jakieś nagie dziewki.
- Dziewki? – zdziwił się von Lichtenstein. – Miecze. Dwa nagie miecze!
- Wiedziałem, że coś nagiego – podrapał się po rozczochranej czuprynie Ulrich i spojrzał na obóz Polsko-Litewski.
- Siła ich – mruknął.
- Witold Litwinów przywiódł, Żmudzini i Tatarzy też się stawili. Ciężko będzie – odrzekł von Wallenrode.
- Mam pomysł, wielki mistrzu – odezwał się nieśmiało, schowany za plecami von Lichtenteina konfident Piotr Świnka. – Zaproponujmy im honorowy pojedynek jeden na jeden. Zwycięzca bierze wszystko. Niechaj wystawią swojego najlepszego rycerza, a my wystawimy Zygfryda de Lowe. Na turniejach rycerskich jest niepokonany. Praktycznie Puchar Świata ma już w kieszeni.
- A Małysz? – zdziwił się Ulrich von Jungingen.
- Mistrzu. To nie ta dyscyplina – szepnął von Lichtenstein.
- No tak, no tak… – wielki mistrz krzyżacki sprawiał wrażenie zakłopotanego. Przywódca Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, zamyślił się, rozważając wszystkie argumenty „za” i „przeciw”. Można powiedzieć, że przeprowadzał swoistą analizę SWOT, gdyby wiedział co to znaczy. Na jego pochmurnym czole pojawiła się zmarszczka, wzrok przybrał na ostrości.
- Do latryny muszę – powiedział po chwili i pobiegł w krzaki.
Kuno von Lichtenstein wielki marszałek, wzniósł oczy ku niebu. Kolejny raz to on musiał podejmować ważne decyzje, w jego rękach znalazł się los Zakonu.
- Niech i tak będzie. Posły słać do Jagiełły i niech się Zygfryd gotuje do pojedynku.
* * *
- Jagiełło! Jagiełło! – darł się Piotr Świnka wjeżdżając do obozu polsko-litewskiego. Obóz wydawał się być opustoszały. Ogniska dogasały, namiotami szargał wiatr, a cisza aż gwałciła uszy. Świnka był zły, ale miał nauczkę na przyszłość. Nigdy więcej głupich pomysłów. Nigdy więcej się nie wychylać. Lichtenstein wysłał go jako posła do króla Polski. „To twój pomysł – powiedział – więc teraz jedź do Jagiełły i mu wystaw sprawę”. No i pojechał, bo co innego miał zrobić kiedy, kusznicy wycelowali bełty w jego plecy. Jak go krzyżacka piechota nie rozstrzela to rodacy powieszą. Ciężki jest los zdrajcy.
- Zdrajco! Zdrajco! Po trzykroć zdrajco! – krzyczał w jego stronę Zyndram z Maszkowic herbu Syrokomla krakowski miecznik, celując w niego paluchem. „Aha, zaczyna się – pomyślał – Świnka”.
- Ja poseł! – rzekł zalękniony. – Nie rusz mnie!
Już chciał konia zawracać, gdyż wolał stawić czoła krzyżackim strzelcom niźli mocarzowi z
Krakowa, ale w tym momencie Zyndram zachwiał się i padł.
- Co jest? – zdziwił się poseł. Podjechał bliżej, pochylił się i poczuł znajomy zapach.
- Gorzałka – roześmiał się.
Zdaje się, że w obozie całą noc trwała libacja alkoholowa. Ulżyło mu, jest szansa, że dzisiaj nie zawiśnie. Musiał jednak szybko odnaleźć króla, przedstawić mu propozycję wielkiego mistrza i zaraz stąd zwiewać. Wiedział dobrze, że skacowany Polak, to zły Polak. W dodatku niebezpieczny. Jeszcze któryś z królewskich rębajłów go poszczerbi.
- Gdzie jest Jagiełło? – spytał jakiegoś giermka niosącego wiadro wody. Pewnie dla swojego pana, który się właśnie budził.
- A w stodole, panie. Dziewkę chędoży.
- Dziewkę chędoży powiadasz? Ciekawe co na to Anusia? – pytanie było retoryczne, ale widocznie pachołek nie zrozumiał aluzji.
- A ona ma go w d…
- No, no… poniechaj bo o majestacie króla mówimy – może sumienie, a może groza obrazy królewskiego majestatu kazała Śwince pohamować język giermka. Ten trwożnie spojrzał na rycerza i czmychnął wylewając przy okazji pół wiadra wody.
- A jak już ma w dupie, to nie Władka, a raczej jakiegoś dworaka – mruknął pod nosem Piotr Świnka herbu Świnka i roześmiał się ukontentowany własnym poczuciem humoru. Zsiadł z konia i skierował się w stronę stodoły.
* * *
- Konia? Skąd ja mu, kurwa, konia wezmę? – westchnął wielki koniuszy Zakonu Krzyżackiego. – Zygfryd de Lowe ma ze trzy metry wzrostu, co mu konia podstawię to kolanami po ziemi szoruje. Bieda, panie.
Zafrasowali się ogromnie panowie pruscy i zaczęli radzić co robić. Niestety taka była konwencja pojedynku. Trzeba było stawić się na placu boju na koniu, w innym wypadku groziła dyskwalifikacja.
- Może konia inflanckiego? – zaproponował nieśmiało wielki mistrz.
- Próbowaliśmy. Nogi się biedaczkowi pod ciężarem Zygfryda rozjechały – odparł Koniuszy.
- Chyba, że jakiegoś słonia? – von Lichtenstein zawsze wyróżniał się inteligencją na tle innych braci zakonnych. A to trudne nie było.
- Kuno! Ty, stary, to masz łeb! – uśmiechnął się szeroko Ulrich von Jungingen i zaraz kazał posłać po słonia, którego trzymali w obozie jako zdobycz na saraceńskich, pogańskich wojownikach. Co prawda żadnych Saracenów nie pobili, a jedynie Żmudzinów podczas rejzy i nie pogańskich a już chrześcijańskich, i nie wojowników a jeno chłopów w zagrodzie pod miastem Szawle. Jednak propaganda krzyżacka szukała wszelkich sukcesów, żeby rozsławić ich oręż w Europie. Nikt jednak nie potrafił wyjaśnić co słoń robił w chłopskiej zagrodzie na Żmudzi.
- Słoń pasuje jak ulał – stwierdził ze znawstwem Ulrich spoglądając na Zygfryda de Lowe, siedzącego okrakiem na olbrzymiej bestii. Słoń co prawda wybałuszył oczy, gdyż 300 kilo żywej wagi to niebagatelny ciężar nawet jak na słonia.
- Jakiś miecz by się przydał i kopia – zauważył Lichtentein.
- Zygfryd łapami miażdżyć – powiedział wolno Zygfryd de Lowe, dla którego było to zdanie potrójnie złożone. Wszak zawierało trzy wyrazy. Odwiecznym prawem równowagi, Bozia poskąpiła mu rozumu.
- Konwencja wymaga – mruknął Konrad Lichtenstain.
- Chodźmy do wielkiego mincerza. Może on coś wymyśli? – zaproponował wielki mistrz.
Godzinę później Zygfryd de Lowe, reprezentant Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie był gotowy do pojedynku. Stał w samo południe na placu boju z opuszczoną zasłoną przyłbicy i czekał.
Ubrany w błyszczącą zbroję, biały długi płaszcz wielkości Katedry Gnieźnieńskiej, z namalowanymi na nim czarnymi krzyżami, wzbudzał strach i przerażenie. W jednej ręce dzierżył kopie, a raczej siedmiometrowy dąb ścięty u podstawy i na wierzchołku odpowiednio zaostrzony. W drugiej zaś trzymał połączone sznurkiem cztery halabardy imitujące miecz.
Słonik z wysiłku jeszcze bardziej wybałuszył oczy.
* * *
Tymczasem w obozie polsko-litewskim Jagiełło poszukiwał ochotnika do pojedynku z Zygfrydem de Lowe. Wydawać by się mogło, że wśród 50 polskich i 40 litewskich chorągwi, znajdzie się mnóstwo śmiałków, którzy z rozkoszą podejmą wyzwanie i będzie trzeba ciągnąć losy. Nic bardziej mylnego. Patriotyczny zapał wyparował wraz z alkoholem z głów polskich rycerzy. Nagle okazało się, że każdy jest niezwykle zajęty, tudzież niedysponowany.
Tak więc, król błąkał się po obozie i agitował.
- Zawisza! Stój nie uciekaj! – zakrzyknął Jagiełło widząc jak poczet Zawiszy Czarnego z Garbowa herbu Sulima opuszcza obóz.
- Zawisza! Najwspanialszy i najmężniejszy z moich rycerzy. Stawisz ty czoło straszliwemu Zygfrydowi i uratujesz honor polskiego oręża?
- Eee… no wiesz królu. Z miłą chęcią, ale na dworze węgierskim Luksemburczyka mnie czekają. Na turniej Pieśni i Tańca się wybieram. Eliminacje regionalne w cyklu „Taniec z Gwiazdami”. Przykro mi. Muszę natychmiast ruszać! Żegnaj królu i życzę powodzenia.
- Polegać jak na Zawiszy, psia jego mać – mruknął Jagiełło, kiedy kurz opadł a poczet rycerza z Garbowa był już pod czeską granicą.
- Zbyszko z Bogdańca! Jak się cieszę, że cię widzę – rozradował się król, rozłożywszy szeroko ramiona. Ufał, że najmłodszy i w gorącej wodzie kąpany młodzieniec przyszedł żeby stanąć do pojedynku z Zygfrydem.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć!
- Ehm… królu ja o urlop przyszedłem poprosić – odparł zmieszany młodzieniec.
- Co?!
- No wiecie. Jagienka w Bogdańcu nogami w chuci przebiera i jeszcze mi ją kto zbrzuchaci. Więc muszę jechać ją pilnować.
- I ty Zbyszko przeciwko mnie? – załkał Jagiełło.
Długo jeszcze król polski namawiał sławnych rycerzy do podjęcia wyzwania. Maćko z Bogdańca jakimś bełtem w brzuchu się wymigał, Jurand ze Spychowa – ślepotą. Także ani Marcin z Młocimowic, ani Szymon Ligwenowicz, Spytko z Jarosławia, ani Powała z Taczewa herbu Ogończyk, ani Dobiesław z Oleśnicy czy nawet słynny Domagalski herbu Bończa – nie chcieli skrzyżować kopii z potężnym Krzyżakiem.
Kiedy już myślał, że wszystko stracone, że nie ma szansy na uratowanie honoru Królestwa zdarzył się cud.
Stał oparty o drzewo, chwiejąc się na wszystkie strony i targała nim pijacka czkawka. Podrzędny szlachetka, nawet nie herbowy, ledwo trzymający się na nogach. Idealny – pomyślał Jagiełło.
Zaraz znaleziono dla niego konia, znaczy się kucyka, bo konus był z niego straszny. Zamiast miecza, którego nie mógł utrzymać, dano mu sztylecik, jakim posługiwały się damy na francuskich dworach w celu eliminacji kochanków. Napojono jeszcze owego szlachcica gorzałką, co by za szybko nie wytrzeźwiał, gdyż mógłby jeszcze przed walką zrejterować i posłano na plac boju.
* * *
Na polach Łodwigowa… wróć Grunwaldu, zebrały się rycerskie hufce, załopotały dumnie sztandary: krzyżackie czarne krzyże, piastowski orzeł i pogoń, oraz rodowe co znaczniejszych rycerzy. Zagrały trąby, rozległy się werble, dano znak do boju.
Zygfryd de Lowe ruszył na swoim słoniu. Ziemia się zatrzęsła, zdawało się że świat wstrzymał na chwilę oddech widząc tragedię jaka miała za chwilę nastąpić.
Natomiast polski „ochotnik” kolebał się w siodle na swoim kucyku, zdawało się nawet że śpi. Potężny Krzyżak był coraz bliżej. Można już było dostrzec jego wściekłe oczy wyzierające ze szpar w hełmie.
Polak stał w miejscu nie poruszony.
Krzyżak pochylił swoją dębo-kopię celując w czerep rycerza, zakręcił młynka mieczo-halabardami ścinając przy okazji stado wróbelków.
Kucyk Polaka zamerdał radośnie ogonem.
Niemiecki rycerz był tuż, tuż. Zaraz staranuje niczego nieświadomego szlachcica. Kto wie czy w szarży nie zdmuchnie przy okazji całej polsko-litewskiej armii? Przestraszył się Jagiełło takiego obrotu sprawy i zarządził ewakuację.
- W nogi! W nogi! W nogi! – krzyczy.
Nagle powietrze rozdarł ogłuszający huk i trzask. Nad polem Grunwaldu podniósł się kurz przysłaniając widoczność. To Zygfryd de Lowe doszedł szarży. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu. Jagiełło zaczął nerwowo obgryzać paznokcie, Witold ssać kciuk, a Ulrich von Jungingen pobiegł do latryny.
Kurz zaczął powoli opadać. Co odważniejsi zbliżyli się do miejsca rzezi i ujrzeli zaskakujący widok. Potężny słoń leży z odciętymi nogami, Zygfryd w roztrzaskanej zbroi kilka metrów dalej. Kucyk Polaka stoi sobie spokojnie nawet nie draśnięty machając radośnie ogonkiem. Polski szlachcic spokojnie wyciera okrwawiony sztylecik.
- Jakby nie było w nogi, to bym zajebał.
KONIEC